Nazywam się Tomek i
mieszkam w jednym z powiatowych miast Dolnego Śląska poniżej 10 tysięcy
mieszkańców. Jak każdy po maturze poszedłem na studia. Uwaliłem na pierwszym
roku na wrocławskiej Politechnice. Rodzicom powiedziałem o tym dopiero trzy miesiące
później, zaczęli się orientować dopiero wtedy, gdy zacząłem coraz częściej
wracać z studiów do rodzinnego miasteczka na przedłużone trzy a nawet
czterodniowe weekendy.
- Jak tam studia? -
Pytała mnie zatroskana matka. Kiedy odpowiadałem - dobrze - dalej drążyła.
- Jadłeś coś synku?
- No mama, nie ma nic do
jedzenia.
- Wszystko jest, jest
masło, jest ser, jest chleb. Wszystko czego Ci trzeba.
Mama mi da jakieś
pieniądze, mama wie jak ciężko jest człowiekowi bez pieniędzy…
Nie teraz dziecko, masz
wszystko czego trzeba...
Najgorzej, ona już wie, że całą pięćdziesiątkę - tak,
pięćdziesiąt złotych przed inflacją wystarczyło na wieczór w mniejszej spelunie
- przepierdolę w jedynej knajpce w której klientelą była garstka moich znajomych
i tabun żulerni żyjącej od renty do renty i z tego co sprzedadzą w lombardzie
na Rynku. Etap handlu złomem mamy w mieście już dawno za sobą, cały gierkowski
majątek został już rozszabrowany i nie ma już za wiele złomu… Nawet szyny
kolejowe z zamkniętej linii łączącej nasze miasto z Jelenią Górą zostały
częściowo rozkradzione. Częściowo, bo spółka zarządzająca torowiskami
zauważyła, że na ziemi leżą spore pieniądze, zebrała wszystkie szyny w jeden
stalowy kopiec i posadziła tam sokistę z paralizatorem i gazem pieprzowym.
Panowie chcący dobrać się do surowca jedynie zza siatki oglądali górę
obfitości, ale nikt nigdy nie spróbował ukraść niczego. Wyglądali jak banda
sępów czekająca na zawał dziadka ochroniarza albo jego wcześniejsze urwanie się
z pracy. Niestety Piotr z majestatycznym wąsem pilnujący stalowej sterty. W
końcu to stary ubek ze szkoły WSW dorabiający do emerytury. Nie odpuści żulom,
zwłaszcza jednemu Dryblasowi będącego w przeszłości największym styropianowcem
w gminie.
Ale dziś nie o tym…
Chłopaki już zaczęli do
mnie pisać, że siedzą w Parku i idą dziś do Anioła, bo jest weekend i całe
miasto ma się tam zebrać, więc co innego mogłem zrobić ja - chłopak bez kasy i
studiów. Problemem była tylko gotówka. Na szczęście do naszego domu w końcu
wrócił Ojciec z pracy w urzędzie miejskim, zlitował się i dał mi Kazimierza.
- Tylko wróć do rana, a i
znajdź sobie robotę. W przeciwieństwie do matki wiem, że się nie uczysz...
- Dobra Ojciec, mam coś
na oku. - Zagrałem pokerową miną licząc
na to, że podświadomie uzna, że już mu mówiłem o swojej porażce naukowej albo
zapomni. Robiło się już późno, więc napisałem do załogi, że przyjadę od razu do
knajpy.
Przed 20:30 byłem już na
miejscu. Moja ekipa była już solidnie odcięta i bełkotliwa. Najwyraźniej
uznali, że wypicie bimbru wujka jednego z kolegów to świetny pomysł...
Może i dla nich. Ja słyszałem jedynie ich sylabizowanie. Nie miałem ochoty na picie, po tym czuję się tylko gorzej. Podszedłem do baru, przy którym stał laptop podłączony do starych tonsilowskich głośników. Każdy mógł coś puścić. To ja dla beki włączyłem mix Goa-Trance, a kelnerkę z doklejonymi rzęsami poprosiłem o piwo zero.
- Co ty kurwa jakiś pedał jesteś? Usłyszałem. Była wielce obrażona moją postawą. Dobrze, że nie widziała na jutubie pajaca Śpiewaka. Pomyślałem i lekko uśmiechnąłem się do niej.
- Tak. - Wziąłem piwo i
zacząłem obserwować salę.
Panowie menele
rozochoceni rozpoczęli chocholi taniec. Nie wszystkim się to podobało, przy
jednym z stolików grupka porządnych starszych ludzi przy serwowanej tu pizzie i
Finlandii przedwcześnie skończyło imprezę imieninową i z odrazą patrzyło na
najbardziej roztańczonego faceta w starej koszuli i przybrudzonych jeansowych
spodniach. Ten, gdy tylko ich zobaczył zmarszczył się i wpół mówiąc - wpół
rzygając powiedział.
- Wypierdalać!
No i wypierdolili z sali. Został tylko zwierzyniec. Czyli moi znajomi. Trzech z nich już leżało na stole a dwóch przy piwie próbowało ze sobą rozmawiać, zapomnieli chyba o mnie, bo nikt mnie nie wołał. Była też grupka żulików między pięćdziesiątką a początkiem siedemdziesiątki. Dwóch na parkiecie, dwie grupy przy stolikach oraz trójka eleganckich Panów w koszulach stojąca na placu przed knajpą dostojnie paląca papierosy przez lufki. Nie mogę zapomnieć o stoliku młodych dziewczyn. Piły żywca z sokiem i nagrywały całą scenę. Najpierw solidnie zgonujących znajomych. Mizerny był to materiał, więc skupiły uwagę swoją i kamer na parkietowych tańczących żulach świergotając przy tym jak ptaki późną wiosną.
Od tego piwa zero
zachciało mi się lać. Wklepałem Dirty Boots,
Sonic Youth i poszedłem do kibla. Na parkiecie został jeden facet ruszający się
wyjątkowo powoli. Wstały także dziewczyny i zaczęły tańczyć. Dopiero teraz
zauważyłem, że są w jeansowych spódnicach. Były do siebie bardzo podobne.
Wyglądały jak cztery siostry.
- Dziwnie. Powiedziałem
sam do siebie i odszedłem w stronę drzwi od kibla.
Wszedłem do kibla.
Okropne miejsce. Niczym grota mlecznego yeti z Białegostoku. Płytki pomalowane
zieloną farbą olejną, piętnastoletnie mydło porośnięte grzybem i zielony
metalowy żyrandol. Odlałem się, pociągnąłem za klamkę a ta wypadła.
Kurwa mać. - Wiecie co
było najgorsze? Włączył się autoplej, Pod Aniołem było przygniatane Nirvaną i
Sonic Youth. Jedyna nadzieja w tym, że ktoś przyjdzie się wysikać.
- No i przyszedł. - Powiedziałem
słysząc szelest ortalionu.
Najpierw usłyszałem
pukanie w drzwi, potem w dziurce od klucza zobaczyłem małe wyłupiaste oczko. To
gupik, niski dziwak, który zawsze przychodzi wieczorem do Anioła. Jak zwykle
nic nie powiedział. Włożył tylko klamkę.
- Świetnie! Krzyknąłem i
włożyłem swoją część klamki. Razem otworzyliśmy drzwi. Klepnąłem go po
ramieniu, który zaszeleścił od ortalionowej kurtki.
- Dzięki. - Popatrzył się na mnie uśmiechał i wszedł do kibla. Jemu też wypadła klamka podczas zamykania. Więc poczekałem na niego i pomogłem mu wyjść.
Nic więcej się tu nie
wydarzy, zbliża się północ, moi znajomi zniknęli, parkiet pustoszał więc i ja
poszedłem do domu. Chyba powinienem coś
zmienić w swoim życiu, jednak jeszcze nie teraz. Za tydzień są Dni Naszego
Miasta. Dopiero później coś zmienię. Sierpień. To dobry czas na zmiany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz