Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mieszkanie Jorgena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mieszkanie Jorgena. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 marca 2023

Mieszkanie Jorgena



Zygmunt urodził się dwa lata po wojnie, mieszkał w przydzielonym rodzicom mieszkaniu na Szarzyńskiego we Wrocławiu. Matka Maria, szczupła kobieta o wyjątkowo długich dłoniach i ciemnych oczach, pochodziła z Łodzi, była krawcową. Ojciec Zygmunta był wysokim mężczyzną z kruczoczarnymi włosami i zielonymi oczami. Uciekł z Warszawy do rodziny na mazowieckiej wsi na wieść o wybuchu Powstania. Pech chciał, że został zatrzymany przez żołnierzy niemieckich, a następnie w ramach kary, jako „Zivilarbeiter” pracował na Opolszczyźnie przy konserwacji drogi prowadzącej przez lasy i pola z Oppelen do Kreuzburga. Przed większymi kłopotami uratowała go Kenkarta i jego imię... Adolf.  

Szukając jakiegokolwiek zajęcia w maju 1945 roku, wałęsał się w okolicach dworca kolejnego w Opolu, szukając zatrudnienia chociażby na kolei, byle tylko wyrwać się z miasta trawionego przez pożary i szabrowników. Na placu przed dworcem spotkał grupkę palących papierosy mężczyzn, stojących obok amerykańskich ciężarówek Studebaker US-6. Od słowa do słowa, przy papierosie dowiedział się, że rozmawia z członkami grupy zadaniowej, mającej na celu uruchomienie polskiej administracji we Wrocławiu. Od razu złapał kontakt z Antonim, który stanął przed ambitnym zadaniem uruchomienia uniwersytetu w zniszczonym mieście.  Tak oto znalazł się we Wrocławiu, gdzie miał jako jeden z dwóch tylko strażników pilnować mienia po niemieckiej politechnice i uniwersytecie przed dalszą grabieżą. 

Pracę otrzymał przypadkiem, zresztą swoją żonę również poznał przypadkiem. Była jedną z krawczyń szyjących i przerabiających wszelakie mundury i ubrania dla pracowników Uniwersytetu. Byli zgraną parą. Miasto nie tętniło wtedy jeszcze życiem.  Mieli czas by się poznać i po trzech tygodniach zostali małżeństwem. Zamieszkali w prowizorycznej bursie pracowniczej, w której wybite szyby zastępowały firanki przywiezione przez Marię z Łodzi.  

W czerwcu 1945 roku otrzymali pięćdziesięciometrowe mieszkanie na trzecim piętrze. Para z dwiema walizkami przeszła most Grunwaldzki i idąc przez puste pole, mające być w obłędnej niemieckiej koncepcji lotniskiem, dotarła wśród gruzów do swojego przyszłego domu. Akurat w tym czasie Gaulaiter Hanke uciekł stąd małym samolotem do Czech, gdzie Czesi go zatrzymali i rozstrzelali z resztą jeńców. Młodzi w końcu dotarła na ulicę Szarzyńskiego, weszli po schodach na trzecie piętro i już mieli otwierać drzwi, kiedy usłyszeli, że ktoś jest w środku. Adolf spojrzał na Marię i na klamkę. Wyciągnął rękę w stronę drzwi. 

- Nie, czekaj - powiedziała Maria, sycząc i łapiąc go za rękę.  – Zapukaj!   

Na jego twarzy pojawił się grymas, po chwili lekki uśmiech. 

- Masz rację, zapukam. 

I zapukał.  Usłyszeli szybkie kroki i otworzył im drzwi dziarski, chudy Niemiec w okrągłych okularach. Jak się za chwilę okazało, Jorgen, niezdrowo chudy sześćdziesięciolatek ze szpiczastym nosem, siwymi, podgolonymi włosami, szaroniebieskimi oczami. 

- Co wy tu robicie? - spytał po niemiecku.  

Cholerny szwab – pomyślał Adolf.  - Mało nam krwi napsuliście? To ja powinienem cię zapytać raczej, co tutaj robisz w polskim mieście!  

- Mieszkam tutaj – rzekł Niemiec, jestem pracownikiem wodociągów. Pozwolenie na pobyt wydała mi radziecka Komendantura. To z nią rozmawiajcie.  Inaczej was nie wpuszczę! Kręcą się tu różni szabrownicy, skąd mam mieć pewność, że nie okradniecie mnie.  

- Adolf, co to ma znaczyć? Co on mówi? – spytała zdezorientowana Maria.  

- Ten Niemiec powiedział, że mieszka tu legalnie. I mamy się kontaktować z radziecką Komendanturą! W Polskim mieście! Już ja mu pokażę! – wykrzyknął.  Odwrócił się na pięcie, podniósł dwie walizki, będące jego całym dobytkiem i zszedł po schodach na dół, mamrocząc pod nosem. Niemiec, Szwab w moim mieszkaniu?! Idziemy na milicję. Albo nie, ty zaczekaj tutaj z tymi tobołami, a ja pójdę.   

Maria, usiadła w bramie. Była godzina dwunasta. Z kamienicy naprzeciwko wychyliła się z okna na drugim piętrze gruba kobieta w podomce i wyrzuciła porcję suchego chleba na ulicę. Zleciała się chmara gołębi, wróbli i wygłodniałych kruków.    

Czas mijał. Maria nie mogąc się doczekać męża, wciągnęła dwie walizki w bramę i postanowiła przejść się do pobliskiego parku ze stawem znajdującym się na końcu ulicy. Jakie było jej zdziwienie, gdy w parku zobaczyła starą Niemkę pojącą w stawie świnię na smyczy.  

Adolf szybkim krokiem udał się na ulicę Jedności Narodowej. W jednej z kamienic mieściła się administracja i biuro Bolesława Drobnera.  Klatka schodowa była pełna ludzi stojących w długiej kolejce. Na korytarzu unosił się gęsty papierosowy dym. Jeśli nic nie zrobię, będę tu gnił do wieczora – pomyślał. - Muszę coś wykombinować. W sumie jestem ubrany dość schludnie. Mam w ręku papier przydziału mieszkania…  - wziął głęboki oddech i ryknął: - Pilna wiadomość dla Pana Prezydenta Drobnera! Rozejść się! - Tłum zamilkł. - Adolf przeszedł przez korytarz i otworzył drzwi. Ujrzał niskiego mężczyznę z dużym wąsem pod nosem. Siedział przy dużym biurku. Wygląda jak dziecko w ławce szkolnej - pomyślał i się uśmiechnął.  

- A towarzysz to w jakiej sprawie? – przywitał go zirytowany prezydent.   

- Panie Prezydencie, w moim mieszkaniu jest Niemiec.  Pieprzy coś o zezwoleniu Komendantury radzieckiej na pobyt w przydzielonej mnie i żonie kwaterze.   

Drobne uśmiechnął się pod nosem, przysunął krzesło do biurka i nachylił się w stronę petenta. 

- Widzisz tego siniaka? - wskazał na sińca nad brwią.   

- Widzę.   

- Otóż - westchnął głośno Drobner. - Otóż… moja władza jest częściowa. W sumie to jeden wielki żart. Próbowałem walczyć z samowolą lejtnantów radzieckich. Ciągle przychodzą tu ludzie ze skargami, Niemcy zresztą też. Cały korytarz skarg i zażaleń. Nie raz osobiście interweniowałem na ulicy, gdy żołnierze radzieccy szabrowali puste mieszkania, czy dobierali się do dobytku repatriantów. No i dostałem w nos od porucznika sojuszniczej armii. Dzwoniłem do Bieruta. Ale miastem rządzą Sowieci i szabrownicy - Drobner wstał, Adolf siedział w ciszy zdumiony jego bezradnością.    

- Jutro kończę służbę, zostaję odwołany. Dam ci radę, odpuść. Zamieszkaj z Niemcami, z czasem oni się wyniosą, a władza polska okrzepnie, wtedy interwencja będzie miała sens. Teraz lepiej się z nimi zaprzyjaźnij. Wiem, dziwnie to brzmi, ale takie są czasy.  Dam Ci coś jeszcze poza radą. 

Prezydent wstał od biurka i otworzył dużą dwudrzwiową wysoką szafę. Wypełniona była puszkami konserw, 20 -to półlitrowymi, butelkami wódki i 3 kilogramami białego sera. Oto moja odprawa! -  powiedział z ironią i rozłożył ręce.  

Wziął do ręki dwie puszki, pół kilo sera i dwie półlitrówki. 

- Masz – powiedział- idź do swojego Niemca i z nim pogadaj. Pamiętaj, pod żadnym pozorem nie wchodź do biura obok.   

Adolf wydusił z siebie:   

- Ten Niemiec mówi, że bez zaświadczenia administracji mnie nie wpuści. 

- Wypiszę ci zaświadczenie – skinął głową prezydent.  Wziął papier z zapiskami po niemiecku, odwrócił na drugą stronę i zaczął głośno stukać na maszynie do pisania. Po trzech minutach zagryzania warg i wytężonej pracy, przeczytał pod nosem treść pisma i przybił pieczątkę.   

- No, to powinno mu wystarczyć!  Jak nie zechce współpracować, powiedz mu, że mamy deficyt mieszkaniowy i mogę mu dokwaterować znacznie więcej osób! Tylko wtedy przyjdziemy do niego z milicją!  

Adolf wstał, podziękował za żywność. Flaszki schował do kieszeni spodni, zaświadczenie włożył w kieszonkę koszuli, a dwie puszki i ser wziął w ręce.    

Ciekawe o co mu chodzi z tym biurem obok – pomyślał. Przykleił się do drewnianych drzwi i usłyszał język rosyjski: Хамить не надо по телефону. Лгать не надо по телефону. Понятно? - Po czym usłyszał odkładany telefon. 

-  Войдите!   

Adolf przełknął głośno ślinę. Nie myśląc, chwycił za klamkę, przez co puszki i ser spadły na podłogę.  Jego oczom ukazał się pięćdziesięcioletni może mężczyzna w mundurze oficera carskiej armii. Niebieskie oczy, przenikliwe spojrzenie i lekko siwe włosy. Palił przez lufkę papierosa, a na lewym oku miał monokl.   

- Czego chcesz?  - spytał, wstając i przymykając szafę, z której wystawał długi koci ogon.   

- W zasadzie to… nie wiem - powiedział zdezorientowany Adolf. 

- Zamknij drzwi.  Co tam masz? Spirytus? 

- Nie, wódkę - odpowiedział Adolf. 

- Na miły Bóg - krzyknął oficer! - Siadaj. 

Pierwsze co przykuło jego uwagę, to zdjęcie mężczyzny w mundurze w sali pełnej luster.   

Kim on jest? Spytał niepewnie. A, Stasiu… Ty nie wiesz kim on jest? Witkacy, wielki talent. Dlatego lubię, was Polaków. To jeden z waszych literatów, znam go osobiście. Był w pułku rozstrzeliwującego Lenina i Trockiego!  

- Nie słyszałem Ale to rozstrzeliwującego?!   

- Ano tak, o niczym nie wiesz!? To słuchaj. Nie każdy Rosjanin to trep. Bez wygłupów – mężczyzna podniósł lekko brew i wskazał na mapę. Granica imperium rosyjskiego kończyła się na Odrze.  

- Nie rozumiesz – stanął nad kompletnie zdezorientowanym Adolfem. – To ci powiem. I to dokładnie. Nasza rewolucja została stłumiona, bolszewicy rozstrzelani. Przegoniliśmy Szwabów, jak wy ich nazywacie, za Odrę, a dzięki powinowactwom Ungerna mamy spore wpływy w Chinach i Tybecie.   

Adolf osłupiał. 

- Ale jak to, Związek Radziecki… Przecież wygrał wojnę, Jaki Ungern? 

 -  Dla Ciebie nie jakiś Ungern a Generał Armii! Przegnał Bolszewików wprost w odmęty Pacyfiku a później zajął w obłąkańczym marszu Mandżurię i Mongolię. Teraz jako satrapa rządzi stepem. Nawet zalegalizował swoją feudalną władzę związkiem z mandżurską księżniczką. Szkoda mojego czasu na tłumaczenie. Ty masz coś z głową? Wziął głęboki wdech po czym kontynuował. 

-Ja nic nie wiem o żadnym Związku Radzieckim. Nie zawracaj mi głowy.  Mam dużo roboty. W końcu odpowiadam za koordynację działania miasta granicznego, przeciętego na pół! Nie przeszkadzaj mi już - powiedział i złapał za filiżankę herbaty.  

- To ja… ja już pójdę – wystękał Adolf.    

- Wynoś się i zabieraj te swoje puszki!   

Adolf wstał od stołu, obrócił się, przyjrzał się mapie 

- Faktycznie, robi wrażenie wasze imperium – wymamrotał, odchodząc.  

- Wynoś się! Już, już…  

Rozległ się dźwięk telefonu. Adolf wyszedł na zatłoczony korytarz.   

Skołowacony, zaczął wykrzykiwać: 

- Ludzie, ludzie. Witkacy zabił Lenina! Ludzie! 

Nastała cisza. Wszyscy odwrócili od niego wzrok. Adolf zdał sobie sprawę, że powrócił do naszej rzeczywistości.   Chwycił mocniej dwie puszki w obawie przed tłumem i powrócił do mieszkania. Maria czekała na niego w bramie i roześmiana opowiadała mu o świni na smyczy, on jednak zdawał się być myślami gdzie indziej. Uznała, że jest przybity odpowiedzią prezydenta. Weszli do kamienicy i pokazali Niemcowi kwit. Spuścił głowę i usiadł. 

Gdy wnieśli do domu walizki i jedzenie, roześmiał się i zapytał  

- Du wirst es essen?  (I będziesz to jadł?). 

  

 

Jak czasem się zdarza tekst zaczyna żyć swoim życiem. Wysłałem opowiadanie do Pana Stanisława Srokowskiego, będąc ciekaw jego opinii. W skrócie, potencjał jest jednak przede mną jeszcze dużo pracy. Zamieszczam tekst po jego poprawkach. Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi brak pierwszej wersji na stronie. Jeremiasz