piątek, 28 kwietnia 2023

Wahadełko, patus i dziadek

 

- Halo, Romek? Halo! Usłyszał w słuchawce podstarzały i lekko drżący głos. Emeryt, dawny pracownik zakładów kolejowych na Fabrycznej. Cukrzyk typu drugiego z spływającą w dół twarzą i małymi niebieskimi oczkami.

-Słucham.
-To ja! Janek! Pamiętasz, razem pracowaliśmy do ‘89 w Pafawagu. Dawno się nie widzieliśmy, mogę przyjść do Ciebie? Pogadamy, o tym co było i tym co jest! - Ton jego głosu stał się wyjątkowo młodzieńczy.

– No nie wiem… W sumie można.

-Spotkajmy się w Wedlu na Rynku. Może jutro koło jedenastej. Pasuje Ci?

Mężczyzna westchnął głośno i powiedział.

- Dobra.

-Kto do Ciebie dzwonił? Powiedziała zdziwiona żona. Była to filigranowa kobieta o długich siwych włosach. W przeciwieństwie do męża -wyjątkowo godnie się starzała.

Do Romka nigdy nikt nie dzwonił. Jako stare małżeństwo dowiadywali się jedynie o kolejnych wygranych nagrodach,  telemarketerach z magicznymi preparatami na prostatę  czy wnuczce z dziwnie wschodnim akcentem i miękkim „lłl” potrzebującej na gwałt pieniędzy w reklamówce. Na magiczne ziółka się nacięli. Na wnuczkę już nie. Mają dwóch wnuków z czego żaden nie mieszka już we Wrocławiu. Jeden zwariował i osiadł w Zawidowie, mówiąc rodzinie, że chce być bliżej Jakuba Bohme i  pracuje w tamtejszej bibliotece miejskiej. Przez centralizację za odłożone pieniądze wystarczające we Wrocławiu na zakup garażu, mógł kupić mieszkanie w rozpadającej się kamienicy. Drugi – inżynier, pracuje dla jakiś Chińczyków w molochu obok autostrady A4 i dojeżdża do kołchozu z Bolesławca.

Następnego dnia mężczyzna zwlókł się z bólem pleców z łóżka sprężynowego pamiętające Edwarda Gierka i zjadł z żoną śniadanie. Przez cienką ścianę usłyszeli tradycyjną kłótnię szurniętej trzydziestopięcioletniej kobiety w ciąży z jej spacyfikowanym i wyleniałym mężem policjantem.

- Słabo jej idzie, dziś jest wyjątkowo cicha. Powiedziała z ironią jego żona.

- Lepiej też dziś wyjdź z domu, szkoda słuchać tych czubów. Odpowiedział krótko mężczyzna popijając kawę zbożową i żując kanapkę z czymś co przypominało szynkę.

- Może wyjdę, słyszałam, że jest promocja na masło w biedronce…

Po krótkiej rozmowie i śniadaniu mężczyzna zebrał się z kuchni i wszedł do korytarza. Pomieszczenie było pokryte w całości boazerią i unosił się w nim zapach typowy dla domów starców.

Mężczyzna ubrał kaszkiet. Wziął laskę, którą pomagał sobie w trakcie spacerów i zjechał windą na parter.

Słoneczny poranek nijak komponował się z zimnem, które przeszywało jego stare kości, czego nie robi się dla starych znajomych pomyślał.

W trakcie przemarszu, który z każdym krokiem zaczynał przypominać ciężką wspinaczkę pod górę zauważył na ulicy trzy osoby. Mężczyznę po pięćdziesiątce z torbą pełną ubrań i puszką od piwa w ręku, młodą kobietę o kręconych włosach i szarych oczach i chłopaka w okularach z wyglądu będącego gdzieś między dwudziestoma a trzydziestoma latami.

- Chcę wam powiedzieć jedno, morale w wojsku są słabe. Syn mi powiedział. Zaczął powoli, jego ton głosu przypominał Maxa Kolonko z lat świetności jego show produkowanego w amerykańskim schowku na miotły i puszczonego z prędkością 0,75 na YouTube.

- Tak? Powiedział chłopak w okularach.

- Tak! Odpowiedział wstawiony facet i wcisnął palec w jego klatkę piersiową. Zabolało, skurwiel. Pomyślał.

- Powiem wam coś… To jest skandal, że tego żyda i Ukraińca prezydent, przepraszam premier odznaczył. Ja mam do niego numer i go tak opierdoliłem za to co on wyprawia. Czy nie mam racji? Zapytał się skołowanych przechodniów.
- Jaki z niego Ukrainiec? Zapytał chłopak.

- Ja ci pokażę, tu jest numer do Morawieckiego, chcesz możemy zadzwonić.

Chłopak spojrzał się na dziewczynę, potem na niego i odpowiedział.

- Nie, nie trzeba.

- Jak jego mama na  imię… Jadwiga, on mieszkał koło mnie na Kilińskiego. Ale dobra to nie o to chodzi. Ma być szacunek, jak się idzie do sklepu to jak widzę obcokrajowca, zawsze mu mówię dzień dobry. Bo jest gościem. Pamiętaj jak będzie wojna to należy bronić Ojczyzny.

- Ale ja mam kategorię D. Powiedział z lekkim uśmiechem chłopak.

- Cha cha cha, kurwa wezmę Ciebie do plutonu i będziesz mi amunicję wiadrami nosił. Spokojnie, takich też biorą.

- Dobra, musimy już iść. Powiedział chłopak i zaczął się oddalać.

- Jasna sprawa, kocham was! Mężczyzna ucałował parę i na odchodne krzyknął.
- Dlaczego nikt ze sobą nie rozmawia w tym mieście?

- My z Panem rozmawialiśmy! Odpowiedział chłopak.  

- Widzisz tego Pana! - Wskazał na naszego staruszka idącego na spotkanie z starym znajomym. – Powiedzcie mu Dzień Dobry!

- Dzień dobry Panu! Roman, który temu wszystkiemu się od dłuższej chwili przysłuchiwał nie odpowiedział. Otrząsnął się lekko i poszedł na spotkanie z kolegą z starych lat.  
- No i to rozumiem, szacunek! Wrzasnął patus z reklamówką.

Zawsze to samo, może chociaż spotkanie z dawnym znajomym okaże się normalne…

Gdy był chwilę wcześniej przed umówionym spotkaniem w podupadającym przez konkurencję Wedlu, zanim wszedł usłyszał jedynie głośne:

- Drzwi! To jakiś emeryt wydarł się na młodego chłopaka, gdy ten zostawił otwarte drzwi wejściowe.

- Słucham? Spytał mocno zdziwiony facet.

- Drzwi. Burknął znów stary dziad.

- O, temu Panu jest zimno? Może Pani zamknąć drzwi? Spytał się krągłej cycatej kelnerki i wyszedł. Ta tylko spojrzała na drzwi i wróciła do nabijania rachunków.

- Trudno, do widzenia. Powiedział i wyszedł.

Mężczyzna usiadł w rogu na krześle i czekał na swojego dawnego znajomego. Sam był ciekawy tego spotkania, w końcu nie widzieli się pięć lat.

W końcu przyszedł. Siwe włosy, niebieskie oczy i szara kurtka bomberka. Przywitali się i podeszli do lady.

- Ten sernik to z cukrem pudrem jest? Zaczął Jan i wskazał tłustym paluchem na gablotę z ciastami.

- Tak. Odpowiedziała kelnerka z pokaźnym biustem włosami spiętymi w kok i okrągłą delikatną twarzą.

- To wezmę, ale proszę zeskrobać cukier puder. Jestem cukrzykiem nie mogę tego jeść. Wezmę jeszcze kawę. Białą.

- Latte?

- Nie czarną z mlekiem i cukrem! Powiedział mocno zirytowany. Romek przyglądał się mu z zdziwieniem nie pamiętając czy jego dawny kolega zawsze był taką mendą, czy też na starość mu odbiło.

- Poproszę czarną kawę. Powiedział grzecznie.

- Dobrze, zaraz panom podam zamówienie, proszę usiąść.  Powiedziała zirytowana kelnerka i przystąpiła do zeskrobywania cukru pudru z sernika.

- No Romuald opowiadaj. Co u Ciebie, wszystko w porządku?

-Tak od naszego ostatniego spotkania niewiele się zmieniło. Przybyło mi jedynie trochę lat.

- A ja Ci powiem, że u mnie dużo. Chodzę do żabki po zdrapki  i mam takie wahadełko.

- I co z tego?

- Otóż proszę kasjerkę o plik zdrapek i wahadełkiem sprawdzam, która z nich jest z nagrodami. Biorę tylko te trafne a felerne odrzucam. Dzięki temu każdego miesiąca jestem do przodu kilkaset złotych.

- Jasne…

- Obiecuję Ci, że mówię prawdę możemy po deserze wpaść do żabki na nożowniczej. Zawsze tam przychodzę. Kasjerki mnie nienawidzą bo blokuję kolejkę na pół godziny!

- Proszę, dwie kawy i sernik dla Panów. Kelnerka podała do stolika zamówione kawy i sernik.

- Jan wziął łyka, zgrymasił się jak małe dziecko i krzyknął. Gorzka ta kawa.

- Moja jest dobra.

- Cukier chcesz?

- Nie, nie słodzę dziękuję.

Chwilę jeszcze mężczyźni porozmawiali, po czym udali się do nieszczęsnej kasjerki z żabki. Staruszek z wahadełkiem nie trafił na żadną z nagród i zirytowany tłumaczył koledze, że to na pewno przez zmianę pogody i nigdy tak się nie dzieje.

Rozstali się przed końcem popołudnia i udali do swoich domów. Romualda żona zaczęła wypytywać co u jego starego znajomego, którego pamiętała z dawnych wizyt u nich w domu na imieniny. Już wtedy chwalił się wahadełkiem i marudził na kawę.
Mężczyzna się tylko uśmiechnął i powiedział.
- U niego wszystko po staremu. Wszystko po staremu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz