czwartek, 9 listopada 2023

Woźna i żul (szur)

 

  • - Jak tylko zostanę księdzem, to Panią pochowam bezpłatnie. Pani koleżankę Stefanię również. Bardzo Panie lubię zdecydowanie bardziej niż moich wulgarnych rówieśników.  

Co za bezczelny gnojek, pomyślałam. Chłopaczek o aparycji ciepłego niskiego cherubinka zawsze przychodził do naszej kanciapy w wrocławskim Instytucie Historycznym. Był on niższy ode mnie, a to spore osiągnięcie. Palę papierosy od trzynastego roku życia i być może to wpłynęło na moją wątłą budowę przedemerytalnego ciała i mój pokaźny wzrost nie przekraczający stu sześćdziesięciu centymetrów.     

- Panie Pawle… Ja się nigdzie nie wybieram. Poza tym nie mam nawet bierzmowania… Odpowiedziała zirytowana Stefania zaciągając się papierosem.  

              - A mnie nie pochowasz gnoju. Nie wytrzymałam, ile ten głupek może do nas przychodzić wpierdalać kanapki z pasztetem i majonezem. Rozsiada się na podłodze, dziwne nigdy nawet nie zapytał czy może usiąść przy naszym stole i pochłania 4 do 5 kanapek lądujących w jego bębębenie. 

- Pani Jadziu. Ja nie chciałem Pani urazić. Przecież Pani wie, że ja to z dobroci serca oferuję. Posługa księdza to od koszt nawet tysiąca złotych.  

- Dobra tu mnie masz. Przyznałam mu rację. Wyciągam ledwo co minimalną na tym głupim Instytucie a rodzina też nie należy do najbogatszych. 

- Ile?! Spytała Stefcia. 

Paweł zakrztusił się pasztetową kanapką i kaszląc odpowiedział. - Tysiąc.  

- Dobra, a kiedy ty tym księdzem zostaniesz.  

- Nie wcześniej niż za siedem lat. Najpierw muszę skończyć studia, potem seminarium. Jeszcze chwilę.  

- Jak dożyjemy to możesz nas wpisać na listę. Pamiętaj o nas! Powiedziałam i zebrałam się za sprzątanie Instytutu. Robota ta jest nudna, najgorsze jest to, że można dostać drzwiami otwieranymi przez śpieszących się na wykłady studentów. Pielgrzymują oni spod śmietnika, gdzie palą papierosy do sal wykładowych. Skutecznie psując elitarność i reputację kadry doktorskiej marzącej o wielkich karierach i jeszcze większych przepalonych grantach. Dzień jakich wiele, zapamiętałam go tylko przez absurdalną uprzejmość studenta trzeciego roku Pawła, który postanowił zostać księdzem. 

Jak co dzień wróciłam do swojego domu. Zjadłam tygodniowy krupnik i udałam się do Żabki, po dwie paczki czerwonych Marlboro.  Przez dziesięć minut nie mogłam opłacić kartą zakupu. Nieprzyjemna sytuacja, ale zdarza się każdemu. 

- Te komuchy chcą zakazać gotówki! Usłyszałam, to Zygmunt. Lokalny świr. Właśnie kupował 4 piwa halne mocne za gotówkę. Utrzymuje się z renty dla wariatów i grania w przejściu Oławskim na gitarze.  

- Działa już? Spytałam wkurzona na ekspedientkę. 

- Jeszcze nie, kolega resetuje router. Odpowiedziała.  

- Tylko gotówka, bo nas zniewolą! Krzyknął triumfalnie Ziggy wychodząc z sklepu z swoimi czterema niezniewalającymi przez Babilon oakcyzowanymi piwami „halne mocne”. 

Chyba to był dobry dzień i dla niego, i dla mnie. On w końcu mógł zatriumfować i na żywym przykładzie pokazać wyższość gotówki a ja pośmiertnie oszczędzę tysiąc złotych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz