wtorek, 4 kwietnia 2023

Kluczborska Jubilatka

 -W zasadzie jak to się stało? Zapytał po raz drugi, mocniej wstawiony już mężczyzna zbliżający się do czterdziestki swojego niewiele młodszego kolegę. Przecież musisz coś pamiętać.  

- Pamiętam, ale niewiele to wydarzyło się kilka miesięcy temu… 
Taki początek rozmowy usłyszałem w 1967 roku w knajpie Jubilatka naprzeciw dawnego obozu jenieckiego w Kluczborku. Ja piłem piwo, podsłuchiwani zresztą też. Browar Namysłów, czyli jedna z kilku rzeczy, która się udała w regionie. Po pracy udawałem, że oglądam przejeżdżające rowery w sobotni kwietniowy wieczór i po prostu na kogoś czekam, coraz bardziej przysuwając się do pary przyjaciół. Jeden, ten większy był rozbawiony a drugi niewiele niższy siedział skulony i przygarbiony w rogu stołu.  

- Kilka miesięcy albo lat, musisz pamiętać co się wydarzyło. Damrota to ulica cudów i biedy, no opowiadaj co tam się stało.  
Nie wytrzymałem, odezwałem się.  

- Panowie nie wyglądają na bywalców tamtych okolic przecież to zła dzielnica a ty… Wskazałem na skulonego faceta. 

- Wyglądasz mi na inteligenta! Powiedziałem to, wziąłem kufel i dosiadłem się do nich.  
- Inteligenta… to samo mówi moja żona. Facet zaśmiał się nerwowo. 
- Pan wybaczy, my tu przeżywamy kryzys małżeński, proszę o wyrozumiałość. Powiedział przerywając nam jego  postawny kolega.  

Nie jestem inteligentem. Pracuję w banku przeliczam pieniądze, weksluję, realizuję czeki. Socjalizm też potrzebuje bankierów. Czy Pan to rozumie? 

Z jednej strony ten tekst wydał mi się agresywny jednak zrozumiałem o co mu chodzi. Szybka zmiana tematu miała odciągnąć kolegę od wiercenia go najwyraźniej ciężkimi trudnymi pytaniami, które mu zadawał przed moją przysiadką. Zrozumiawszy to prowokacyjnie powiedziałem: 

- Słuchaj Pan, Panie bankier. Bankierzy to złodzieje i szubrawcy. Mam do Pana sprawę, ale najpierw… idę do baru, zjecie coś?  
- Nie!  

Odrzekli jednogłośnie.  
- Postanowione! Odpowiedziałem i wyruszyłem w stronę stołu barowego na którym stała gablota z mięsem w galarecie. 

Kupiłem przy barze flaszkę, ciągle zastanawiając się co takiego chciał wyciągnąć od swojego kolegi bankiera postawny dryblas.  

-Panowie, dziś pijemy na koszt muzeum Jana Dzierżonia. Za przyjaźń muzealno-bankiersko… I tu pojawił się mały problem, przecież nie wiem, gdzie pracuje ten trzeci. Zrobiłem przerwę.  

- Naprawczo-taborową ryknął i głośno zaśmiał się dryblas. 

Dobrze to wypijmy. Wódka z szklanki wyjątkowo źle wlazła, jedyne co uratowało mnie przed bełtem było zapicie czystej Namysłowem. 

  • Panie bankier… Mów mi Staszek! przerwał mi w połowie zdania.  

  • Słuchaj Staszek, powiedz mi czy tobie coś z tego bankierskiego stołu skapuje?  

  • Hahaha, dobre żarty. Cała gotówka jest wydawana i przeliczana, ostatnio jak jeden bilon wpadł w szczelinę między stołem a szufladą to kierownik banku spółdzielczego nie chciał wypuścić z oddziału załogi w sobotni wieczór. Siedzieliśmy w robocie do 18 zanim woźny nie szarpnął wkurwiony za szufladę, z której wyleciał tysiączłotowy Kopernik. Kolega Kupka z Bogacicy nie panował już nad sobą i klął pod nosem jak szewc po niemiecku. Ahhh piękna to była wiązanka. Cóż, nie tego się spodziewałem, myślałem, że chociaż w życiu bankiera nad Stobrawa jest trochę polotu. Ode mnie na przykład ktoś nagminnie pożycza rower, który stawiam na stojaku stojącym naprzeciw knajpy. Wiecie co jest najlepsze? Zawsze jak wracam do swojej kwatery, pijany facet odstawia mój rower i chwiejnym krokiem wtacza się do kamienicy na ulicy Zamkowej. Spojrzałem na dryblasa, ten opuścił głowę i patrzył w kufel.  
    - Chyba wiem kto od Ciebie zabiera ten rower, to ja. Powiedział lekko przybity. Dziwny to początek znajomości. Kazik jestem.  

  • Gdybyś chciał go ukraść już dawno bym wracał z roboty w sobotni wieczór na piechotę. Panowie o czym gadaliście przed moją przysiadką?  

Staszek wyprostował się, wyciągnął z prochowca okulary i je założył.  

- Dobra, opowiem wam wszystko, dokładnie wszystko. Tylko mi nie przerywajcie i broń boże nie rozpowiadajcie o tym dalej. Moja żona, Łucją, trzydziestoletnia blondynka, którą poznałem w pracy kilka lat temu jest mendą. Nie byłby to problem, gdyby nie jej brak wierności i rozwiązły styl życia. Początkowo nie zadawałem pytań, kiedy wracała zdecydowanie za późno do domu. Wymijające „miałam dużo pracy” albo „byłam u Danusi na Reymonta” mi wystarczyło. Jednak wszystko zaczęło układać się w całość z biegiem lat. I to przez moje słabości i nałogi, które podzielała ze mną też żona. Nie mamy dzieci, więc mamy dużo czasu na… 

- Wódkę? Spytał Kazik 

- Tak wódkę, to wszystko stało się w ostatnią sobotę. Wyszliśmy jak co tydzień pić. Wyjątkowo mocna fala poniosła nas i skończyliśmy po północy. Gdy zamykali Jubilatkę postanowiliśmy pójść na damrocką metę… 

- Ty się chyba lubisz pakować się w kłopoty.  

Powiedziałem cicho pod nosem. Nie wiem, czy to usłyszał, czy mnie zignorował. Kontynuował swoją historię, a jego twarz pokryła się cienką warstwą papierosowego dymu. Kazik zapalił papierosa. Mocne bez filtra, mi też proponował patrząc mi się w oczy i pokazując palcem to na mnie, to na paczkę jednak gestem ręki odmówiłem i znów patrzyłem na zmieszanego i pijanego Staszka opowiadającego swoją historię. 

- Jak już dotarliśmy do obdrapanej kamienicy z metą prowadzoną przez pięćdziesięcioletniego Baciara okazało się na miejscu, że nie mam już pieniędzy. Facet był w dobrym nastroju, sam niewiele pił. Był trzeźwy a przynajmniej w moim stanie tak go odebrałem. Zaproponował mi z uśmiechem partyjkę pokera. Jeśli wygram miałem otrzymać flaszkę, jak przegram muszę zostawić żonę u niego na noc. Łucją od razu przyklasnęła. Świetny pomysł, zagrajmy! Powiedziała to tym swoim piskliwym zachrypniętym głosem.  

- No i co? Spytałem z dużą pretensją w głosie. Staszek wyciągnął z kieszeni marynarki chustę, przetarł znów okulary i mokre od potu czoło. Wziął łyk wódki, po czym przy wydechu powietrza powiedział cicho: 

- No i przegrałem.  

- A ty jak jeleń własną babę oddałeś? Powiedział cały czerwony Kazik?  

- A oddałem i nie wróciła po dziś dzień.   Eh, inteligent, w głowie masz więcej wódki niż oleju. Na dodatek słaby musisz być w tych sprawach jak zostawiła Ciebie dla starego Baciara. Kontynuował dalej Kazik.  

  • -To nie jest zwykły Baciar... 

   Tu zaczął opowiadać o ścianach wypełnionych olejnymi obrazami i stertach maszynopisów. Za wszelką cenę próbował wmówić jego wyjątkowość tak by umniejszyć swoją porażkę. Zaczął coś mówić o jego akordeonie i tak dalej... Niewiele z tego pamiętam, bo zacząłem już przysypiać. Obudził mnie kelner prosząc o zapłatę za naszą trójkę. Zapłaciłem i wyszedłem na zewnątrz, padał deszcz a roweru przed knajpą znów nie było. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz