Jeśli Rzym byłby człowiekiem to wyglądałby jak zadbany 50. latek z dziećmi i podmiejską rzymską willą. Jego imigrancką obsługa podkradałaby srebrną zastawę i doliczała w rachunki zakupowe swoje własne potrzeby (jednak nie budziłoby to w nim nadmiernej agresji). Najczęściej wyjeżdżałby na północ Włoch pragnąc odpocząć od rzymskiego chaosu. Wówczas jego dzieci organizowałyby domówki. Nic szalonego, kończyłyby się słuchaniem płyt z jego kolekcji i stłuczeniem kilku szklanek oraz wypiciu 5 butelek lepszego wina typu pinot noir z piwniczki.
Z małą pomocą Google maps udałem się Via Aurelia na miejsce. Dość szybko okazało się, że mój telefon nie najlepiej potrafi siebie zlokalizować i zacząłem spacerować po zaniedbanej okolicy. Spacer umiliły mi napisy w stylu „sorry I have daddy issues” czy logo „The Cure” napisane flamastrem. Tego się nie spodziewałem w mieście, gdzie w październiku temperatura potrafi zbliżyć się do 30 stopni Celsjusza. Czy ów mąż, ojciec denerwowałby się? Po prostu udawałby, że nic nie zauważył i z uśmiechem pod nosem w myślach wspomniał swoją młodość. Dlaczego o tym piszę? Po raz trzeci w ciągu kwartału jestem w Rzymie. Po wywiązaniu się z obowiązków służbowych i mając za sobą dziewicze eskapady po wschodnio-brzeżnym starym mieście a także Watykanie z okolicami postanowiłem spróbować czegoś innego.
Za cel postawiłem sobie Park Pamphilj, największy w mieście. Skusił mnie swoimi uporządkowanymi ścieżkami, fontannami i willami mającymi znajdować się wokół zielonego kompleksu. Byłem pełen obaw, że będzie to nudne wyjście i Rzym znany z filmów Allena. Na szczęście okazało się, że myliłem się.
Po kilku godzinach udało mi się dotrzeć na miejsce. A raczej tak myślałem, bo sprawdzając mapę po powrocie okazało się, że trafiłem do Parku Pineto. Park przypominał nieuporządkowane chaszcze. Później najwidoczniej zagubiony czarny typ się mnie pytał (najpierw po włosku, uznaję to za sukces) czy wiem, gdzie można dojść korzystając z tej ścieżki. Nie pomogłem mu, powiedziałem jedynie „aj don’t noł, sity center is there” wskazując palcem na kopułę Bazyliki św. Piotra. Pewnie na niewiele zdała się moja pomoc, bo wyglądał „lokalnie” i posługiwał się płynnym włoskim. Wracając do samego parku. Byłem zaskoczony jego nieuporządkowanym charakterem. Może Rzym już taki jest a może ja zawsze kończę w miejscach, przypominających zapomniane przez wszystkich wschodnio europejskie miasta.
Po godzinnym spacerze, w trakcie którego mogłem z oddali obserwować trening lokalnej drużyny piłkarskiej na pobliskim boisku czy kontemplować lokalną dziką przyrodę, zacząłem poszukiwać fragmentu Parku z willami oraz fontannami, czy chociaż ławkami i stawem, który widziałem wieczorem przed snem - w końcu to Rzym! Musi tu być ładnie!
Nie udało się, po wyjściu z Parku przeszedłem chwilę po asfaltowym chodniku, skręciłem w uliczkę, która według mojej intuicji miała prowadzić do wystawnego parku a skończyłem na asfaltowej dróżce pełnej małych warsztatów. Po ulicy szwenda się pies, chyba nawet bardziej zdziwiony ode mnie i towarzyszy mi przez kilka minut w moim spacerze. Na samym końcu ślepej uliczki była, uwaga hodowlą kóz. Znów zwiedziłem najmniej turystyczne miejsca. Szczerze, już nie dziwię się, że większość Rzymu znajduje się poza mapami dla turystów. Zastanawiające, jak to możliwe, że już w starożytności milionowe miasto wygląda tak okropnie 5 minut drogi od ścisłego centrum? Tu chyba zawsze były slumsy dla biedoty z ogromnym ego. A złośliwa anegdota o Rzymie jako najdalej wysuniętym na północ mieście Afryki sprawdza się coraz bardziej z każdym przemierzonym kilometrem. Ten ogólny bałagan a nawet brud jest wszechobecny. Możecie to zaakceptować, ba nawet polubić, ale jeśli tylko wychowaliście się na północ od Włoch to nie przejdziecie, wobec tego chaosu obojętnie.
Kolejnym punktem na mojej trasie miało być wzgórze z widokiem na miasto. Skoro z dołu poza ścisłym centrum nie wygląda ono obłędnie (choć ma swój urok i pewnie będę do niego wracał) to obejrzę je z góry z szczytu. Tu zaczyna się kolejny epizod mojego zagubienia w wielkim mieście. Pamiętacie początkowy opis Rzymu jako faceta po 50.? Miał on obsługę złożoną z imigrantów. Jeśli miałbym opisać co tam zobaczyłem to zróbcie krótką przerwę i skupcie się. Jeden z jego pracowników z bliskiego wschodu miałby wydzielony pokój dla siebie. Wszystko w porządku? To co jak wam powiem, że ma on manię zbieracza i cały pokój jest zawalony szpargałami wyciąganymi z śmietników lokalnej burżuazji. Takie są właśnie okolice Roma Travestevre. Nagabywacze, bezdomni i narkomani pełen pakiet uporczywych gratisów do zachodnioeuropejskich stolic. Najbardziej wykręcony był jeden Włoch koło trzydziestki o niebieskich oczach. Do tego kuchnia lokalna: kebaby oraz restauracja z kurczakami. Na ulicy istny armagedon nawet mnie zaczepił jakiś facet prosząc o jałmużnę co wcześniej mi się nie zdarzało.
W końcu dotarłem na wzgórze - Janikułum. Przy kawie obejrzałem panoramę miasta. Następnie trafiłem na rzeźby bohaterów walk o zjednoczenie Włoch. Był wśród nich Węgier, zawsze warto przypominać o antyaustriackim charakterze ruchu Risorgimento. Skąd więc Węgier? Czy Makłowicz mu nie wytłumaczył wspaniałości Habsburgów? Wybaczcie złośliwość, musiałem. Widziałem też fontannę (dell’ Acqua Paola), wygląda jak dziesiątki innych. Największą uwagę zwróciłem na ładnie usytuowany oraz zaprojektowany (choć zaniedbany) budynek ambasady Finlandii. Ładna była także biegającą po wzgórzu blondynka o północnej urodzie. Pewnie jedna z pracownic fińskiej placówki dyplomatycznej. Po chwili napotkałem wzniesione w czasach Mussoliniego mauzoleum - portyk poległych w walkach z oddziałami hiszpańsko francuskimi mającymi odzyskać kontrolę nad miastem na rzecz papiestwa w 1849 roku oraz poległych w walkach z oddziałami wiernymi papieżowi w 1870 roku. Kiedy to po walkach, w których zginęło 49 włoskich żołnierzy i 19 żuawów papieskich ostatecznie włączono Rzym w obręb państwa włoskiego. Zauważyłem też polski wątek, w mauzoleum. Wśród poległych widnieje Polak: „Radzikowski Mariano”. Rzym w wydaniu polonocentrycznym i „janopawłodrugowym” zapomina o XIX wiecznym konflikcie pomiędzy papiestwem a przedstawicielami włoskiego ruchu zjednoczeniowego. Takich smaczków w samym centrum jest całkiem sporo. Anegdota mówi, że zaprojektowana przez masona siedziba włoskiego sądu apelacyjnego miała przyćmić swoim rozmachem Bazylikę św. Piotra.
Po spacerze po Janikulum z trudnościami dotarłem pod Porta Portese, miejsce mi już wcześniej znane. Chciałem zjeść obiad w knajpie wbudowanej w mur obok bramy - kuchnia jest otwierana o 19:30 -, „łi are clozed”. Co zrobić zmyłem się. Pokręciłem się po Zatybrzu. Jak na sobotnią noc panowała tam dość senna atmosfera. W Rzymie nawet zapach marihuany palonej przez młodych ludzi w parkach jest mniej intensywny niż w naszym nudnym Wrocławiu pomyślałem.
W jednej z knajpek zjadłem pizzę przysłuchując się rozmowy anglojęzycznych turystów siedzących obok. Pili aperol spritz. Mimo trzytygodniowej abstynencji nie miałem na niego ochoty. Moment wcześnej w drodze do kibla, widziałem jak w chałupniczych warunkach tego popularnego drinka robił kelner. Wróciłem do podsłuchiwania. Biedni turyści chcieli spędzić cały następny dzień na zaliczanie zabytków. Czeka ich stanie w kolejce do koloseum, opłacanie biletów i stałe dziękowanie za oferowane butelki wody gazowanej dla kolejkowiczów. Chociaż teraz mają fajny wieczór pomyślałem. Niestety przeszli do rozmów o pracy, romantyczny anglosaski wieczór w wiecznym mieście.
Przeszedłem po imprezowo - artystycznej dzielnicy. Knajpy, knajpy i jeszcze raz knajpy oraz bary. Do tego kilka sklepików artystycznych pełnych młodych ludzi. Ucieszyła mnie niespodziewane dźwięki techno na ulicy. Kilku młodych chłopaków z swojego mieszkania puszczało muzykę a na placu zebrali się ludzie. Zastanawiałem się czy to nie była promocja klubu, ale ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu grali z swoich okien dla małego tłumu na placu popijającego niskoprocentowe napoje alkoholowe.
Byłem już zmęczony więc udałem się do domu, zaciekawiły mnie otwarte duże zielone drzwi, z których wychodziło lekkie ciepłe światło przypominające palące się świeczki. Była to przyciemniona kaplica z ołtarzem w której siedział i modlił się jeden mężczyzna o krótkich ciemnych włosach. Niesamowity kontrast impreza na placu a obok kontemplacja. Magiczne miasto, wycofuję wszystkie obelgi wobec niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz