Znów jechać w góry? Po co? Przecież w Izerach i zadeptanych Sudetach jestem praktycznie co roku... Chyba najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zawsze pociągają mnie krajobrazy, spokój ciekawi turyści i niewielkie wyzwanie. Bo nie oszukujmy się nasze góry to raczej miejsce do spaceru a nie wyprawa dla zatwardziałych himalaistów. Drugim powodem jest ich bliskość, z Wrocławia do Szklarskiej Poręby Górnej dotrę pociągiem w trzy godziny. Jeśli kiedyś zostanę bogatym pisarzem to nie pójdę w ślady rozdartego między stepem a górnośląską hałdą Twardochem, tylko jak prawdziwy potomek kresowych nomadów ucieknę na dalekie Pogórze Izerskie i będę szukał inspiracji wśród kurczącej się ludności lokalnej mającej mentalnie zdecydowanie więcej wspólnego z dzikimi polami aniżeli sąsiadującymi z nimi Czechami lub Niemcami.
W trakcie kolejnych przemyśleń (tuż przed wrześniowym urlopem) przy komputerze w pracy napisałem do swojej dziewczyny wiadomość na Messengerze:
- Jedziemy na urlop w góry? Mam dwa tygodnie wolnego.
- Przyjeżdża do nie siostra zza granicy. W sumie... Zawsze mówiła o tym, że chciałaby pojechać w góry. Nigdy nie była w górach.
Więc było już nas trzech. Ja, moja dziewczyna Karolina i jej siostra bliźniaczka Agata. Pomyślałem jeszcze o koledze, z którym kilka razy byłem na wyjeździe. Potężny programista, zaczął zarabiać takie pieniądze, że jeśli dobrze pójdzie to przed czterdziestką będzie mógł wykupić swoją całą rodzinną wieś (jak sam mówi “IT money”) Tylko po co mu wieś? Zostawmy to... Kacper jednak nie miał i nie chciał, wziąć urlopu w nowej pracy i został w mieście. Jako zaprawiony w bojach turysta ogarnąłem trasę i zaklepałem spanie dla naszej trójki. W środę przyjechała bliźniaczka Karoliny. Są dość podobne, ale bez przesady. Kręcone włosy, niebieskie oczy, pyzate policzki. Tak samo się śmieją, ale charaktery mają różne. Wyszliśmy jeszcze na piwo we Wrocławiu pod nasypem kolejowym na Bogusławskiego. Osobliwością jest to, że praktycznie jedynymi otwartymi ciut dłużej lokalami jest Mistrz i Małgorzata oraz Czeski Raj. Oba te miejsca nawiązują do literatury jednak nie dodaje do ich klimatu intelektualnej ciężkości i poczucia snobizmu. Rano wyszliśmy na stację. Po trzech godzinach w pociągu byliśmy już w Szklarskiej Porębie.
Droga z dworca przez Wysoki Kamień do Schroniska dała nam trochę w dupę, ale w dobrych nastrojach dotarliśmy do Chatki Górzystów. Okazało się, że pokój czteroosobowy został zajęty i trafiliśmy do ostatniej ośmiosobówki na poddaszu... Trudno.
- To co, zostawimy rzeczy i pójdziemy na spacer? Zapytałem dziewczyny.
- Dobra i tak nie ma tu nic do roboty. Powiedziała zmęczona Karolina.
Przeszliśmy w stronę drugiego Schroniska Orle i zatrzymaliśmy się pod Wiatą na styku Hali Izerskiej z lasem. Pod wiatą siedział jakiś specyficzny chłopak w białej czapce okularach i obcisłym kolarskim stroju – rower stał tuż obok. Zbliżała się ciepła wczesnojesienna burza a on nieporadnie próbował rozpalić ognisko. My go zauważyliśmy a on nas. Zaczęło padać więc usiedliśmy obok pod wiatą ignorując go.
- Jak się w zasadzie mówi w liczbie mnogiej na mola? Mole? A może mule? Zapytałem próbując wzbudzić absurdalną dyskusję.
- Mole. Odpowiedziały zgodnie bliźniaczki
- Móle. To lepiej brzmi. Tak powinno się mówić. To lepiej podkreśla charakter tych robali. Wy w ogóle wiecie jak trudno się pozbyć tych zwierząt z domu? One przez reprodukcję są nie do ruszenia. Jedna jebana molica spożywcza lub ubraniowa roznosi setki jajeczek z larwami co utrudnia ich wytępienie. Zawsze zostanie gdzieś kilka larw i przedłużą swój gatunek. Im więcej o nich się dowiaduję, próbując je wytępić tym większy mam do nich szacunek.
- Też to przeżywałam w Niemczech. Ale Niemcy akceptują mole. One po prostu są w mieszkaniach. Nikt nie zwraca na nie uwagi.
- Dobra, ale w końcu jak się mówi?
- Mole!
- Móle! Parsknąłem śmiechem.
- Mówi się Mole. Powiedział kolarz próbujący rozpalić ognisko.
Widzisz! Mówiłam Ci. -Powiedziała Karolina podnosząc ręce i wytrzeszczając oczy.
Okej. Niech Ci będzie. Co tu robisz? Zapytałem kierując oczy w stronę kolarza.
Przyjechałem w te wasze góry dziś rano z rowerem. I nie mam już co robić... No nie są te Beskidy ani Tatry... A wy skąd jesteście?
Dla uproszczenia, można powiedzieć, że z Wrocławia. Odpowiedziałem.
Ja jestem Igor z Warszawy. We Wrocławiu macie korki i najdroższe ZOO w Polsce! Byłem tam z chłopakiem na wycieczce. Szczerze to dupy nie urywa.
No tak to nie to samo co Warszawa. Powiedziała ironiczne Agata.
Prawda. Odpowiedział. - Chyba nie zrozumiał ironii i uznał, że to stwierdzenie faktu. Uśmiechnąłem się do Karoliny.
No dobra a dlaczego rozpalasz ognisko pod wiatą? Zapytałem warszawiaka.
A przestań. Miałem spać w schronisku obok. Ale tam kurwa czas zatrzymał się w latach osiemdziesiątych! Jakiś pijany burak chciał 100 złotych za pokój z pluskwami. Wolę spać pod wiatą na świeżym powietrzu niż na jakiś pryczach dla biednych Rumunów!
Ale ty wiesz, że w nocy jest zimno? Temperatura spadnie do 5 stopni a może i lepiej. Spałem w Izerach w namiocie i zmarzłem a to był ciepły wrzesień.
Dam radę na luzie.
Posiedzieliśmy z “ciepłym” kolarzem kilkanaście minut. Okazało się, że jest zatwardziałym aktywistą lewicowym choć dla uczciwości muszę przyznać, że z całkiem niezłym gustem muzycznym. Jednak jego monologi były na tyle niepokojące, że nie wzbudził on naszego zaufania.
- Wiecie, jest jedna rzecz dobra we Wrocławiu.
- Jaka? Zapytałem, czekając na choć jeden pozytyw.
- Woda w kranie!
- Stary nie żartuj! Woda w mieście ma posmak błota i chloru. Nijak się ma do wód z ujęć głębinowych. To jest straszny syf.
- Kolego otóż nie. Ta woda jest idealna do robienia kawy. Przez wyjątkowo małą zawartość minerałów nie wpływa na smak. Wiem o czym mówię. Przez miesiąc pracowałem w jednej z lepszych kawiarni we Warszawie. Mówiłem wam o tym już?
- Chyba tak, też pracuję w kawiarni. Odpowiedziała mu Agata.
- Tak tak, wracając do tematu.... Niestety nasz nowy przyjaciel wrócił do swojego monologu. Robiło się jednak coraz zimniej w końcu usłyszałem od Karoliny smętne:
- Chodźmy już, zimno mi.
- Dobra my będziemy się zbierać. Na pewno nie chcesz się zakwaterować w Chatce Górzystów? Pewnie są jeszcze miejsca.
- Nie... Zostanę tutaj.
- Dobra jak chcesz. Do zobaczenia!
Wstaliśmy i pożegnaliśmy się z obozowiczem po czym wyruszyliśmy w stronę schroniska.
- Kurwa. Czy ten typ jest jakiś dziwny? Czepia się innych, wywyższa, ciągle mówi o sobie. Emanuje od niego dziwna energia. Podsumowała go Agata.
- Też mi się nie podobało jak się przypierdalał do wszystkiego. Odpowiedziała Karolina siostrze i wdały się w przepiórczą dyskusję na temat pedalarza.
Poszliśmy w stronę Schroniska i znów rozpadał się deszcz. Gdy byliśmy już przy jagnięcym potoku okazało się, że nasz nowy kolega jedzie za nami rowerem. Ostro zahamował i zatrzymał się pół metra ode mnie. Chłopak zeskoczył z roweru.
- Zmieniłem zdanie. Pójdę z wami.
Na zewnątrz robiło się coraz szarzej i zimniej.
Weszliśmy do Schroniska. W głównej Izbie Igor podszedł do okienka wydawczego i zadzwonił dzwonkiem. Podeszła do niego starsza niska kobieta w polarze.
- Dobry Wieczór, czy jest jeszcze miejsce noclegowe?
- Tak mamy jedno proszę Pana.
- Yyyy... Nie mów do mnie Pan? Ok?!
- Dobrze, mamy jeszcze jedno miejsce. Zapłacisz teraz czy jutro?
- Mogę teraz.
Igor ogarnął sobie nocleg w innym pokoju po czym usiedliśmy wspólnie przy drewnianym stole na parterze schroniska. Nasz stół wtulony był w regały z książkami o drugiej wojnie światowej. Zaczęliśmy rozmawiać. A tak naprawdę to on zaczął opowiadać... O sobie. Mam pewną wątpliwość czy w ogóle cokolwiek o nas wie. Bo my o nim aż za wiele. Nie lubi alkoholu i go nie pije. Jego Ojciec jest alkoholikiem. Jak sam mówi w jego warszawskim środowisku inne używki są obecnie w modzie. Matka rzuciła Polskę i zamieszkała na dalekiej północy Szwecji. Szwecja w jego optyce nie upada a rozwija się i jest wspaniałym miejscem do życia.
Z zawodu jest mechanikiem rowerowym z pasji antyfaszystą. Chwalił się nam tym ilu nazistów już pobił z kolegami. Podobno nie raz groził nożem prawakom (czym to się różni by miało od skinowskich bojówek znanych z lat dziewięćdziesiątych?). W pewnym momencie zamilkł na chwilę. Wyciągną swoją finkę i skierował w moją stronę.
- Wiesz, mam ochotę rzucić nożem.
- To rzuć. Nie powiem byłem lekko zesrany, ale wziąłem go za mitomana.
Czy zdążają się jakieś zabójstwa w schroniskach? Mało prawdopodobne. Na moje szczęście nie rzucił i wrócił do swojej opowieści. Agata czasem go podkręcała, żeby opowiadał o sobie jeszcze więcej. No i tym sposobem dowiedzieliśmy się jeszcze o jego epizodzie kontaktu z prawdziwą klasą robotniczą, zbliżającymi się do emerytury pracownikami Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego. Mówił o nich z wyjątkową pogardą a z pracy wyniósł jedynie PTSD i doświadczenie podpierdalania pracodawcy do Państwowej Inspekcji Pracy. Jego opowieściom przygrywały szanty z sali obok gdzie radośni czterdziesto i pięćdziesięciolatkowie zaczęli koncert podlewany wniesioną na szczyt wódką. Ja jadłem kabanosy i zastanawiałem się czy w tej niezwykłej warszawskiej katarynce są jeszcze jakieś ciekawe opowieści. Natomiast sam Igor nie był zadowolony z pijanych biesiadników imprezujących obok. Alkohol to zło i zguba ludzkości! Moralizując i wywyższając się nad starszą ekipą zauważyć można było jednak lekką zazdrość w jego słowach. Chyba sam chciałby się urżnąć na umór, ale coś go powstrzymywało. Neofici, neofici są najgorsi pewnie z tego brała się jego zaciętość w poglądach dotyczących alkoholu. Na koniec bez pytania zaczął w końcu nam opowiadać o życiu erotycznym alternatywek z Warszawy. Tego było już zdecydowanie za dużo jak na nasze biedne uszy. Oliwy do ognia dodawała ekipa zza ściany. Kiedy do gitary dorwał się podstarzały panczur i usłyszałem “najpierw kilka piw w knajpie, pełnej goryczy i dymu” to wiedziałem, że i druga impreza dobiega do końca.
Pożegnaliśmy się i udaliśmy do jeszcze pustego pokoju. Cicho było nie na długo. Po godzinie ekipa pijanych pięćdziesięciolatków wparowała do pokoju (ktoś po drodze spadł ze stromych schodów - przeżył. Szkoda.). Światło zostało zgaszone, po czym na łóżku obok doszło do pijanej kopulacji starego panczura z wysportowaną czterdziestolatką. Na nieszczęście kobiety jej kochanek szybko opadł z sił przez co musieliśmy słuchać jej błagalnych negocjacji o dogrywkę Tego było za wiele. Wyszliśmy z pokoju i przeczekaliśmy dwie godziny na parterze Schroniska. Po godzinie po schodach cichym krokiem zeszła kochanka wielkiego panka. Była zażenowana i nie patrzyła w nasze wkurwione piwno-szare od nocy oczy. Patrzyliśmy na nią równie wkurwieni, gdy ta próbowała jak najszybciej czmychnąć do kibla. Pół godziny później zszedł facet. Nie rozpoznałem go więc się przywitałem:
- Dobry wieczór.
Nie odpowiedział. Po chwili dziewczyny mi wytłumaczyły, że to autor naszego koszmaru. Wtedy wszystko się stało jeszcze śmieszniejsze. Po dwóch godzinach przeprowadziliśmy naradę. Mimo mojego i Karoliny oporu wróciliśmy po namowach Agaty do pokoju. Mi osobiście chciało się rzygać. W tym barłogu śmierdziało zużytymi gumkami, alkoholem i potem. Zasadne było jedynie absurdalne pytanie “Wy tu tak żyjecie?”. Agata otworzyła okno dachowe będące centralnie nad koleżanką kobiety, która przeżywała coś pomiędzy rozkoszą a kompromitacją. Należało się mendzie. To ona namawiała koleżankę do pójścia na całość. Zresztą cały pokój niemiłosiernie śmierdział i hausty świeżego zimnego powietrza były nam równie potrzebne co woda spragnionym na pustyni.
W pokoju było ciemno. Nagle usłyszałem kobiecy głos z łóżka obok:
- Sorry, trochę nas poniosło. Mam nadzieję, że nam to wybaczycie.
Zatkało mnie, Karolinę także.
- Mogliście iść do kibla. Przecież to nie jest normalne. Wycedziła przez zęby wkurwiona Agata.
- Przepraszam. Odpowiedziała wyraźnie speszona kobieta. Chłop już najprawdopodobniej spał. Przyjął dużą liczbę promili i miał już dość tego wszystkiego. Tak naprawdę to przez cały wieczór i następny poranek nie usłyszałem jego głosu.
Wstaliśmy przed dziewiątą i zeszliśmy do głównej izby na śniadanie. Zamówiłem jajecznicę, herbatę miałem swoją (cebula zawsze spoko). Dosiadł się do nas Igor. Tym razem był małomówny. Zreferowaliśmy szaloną noc a on tylko przytakiwał. Powiedział jedynie, że “znalazł sporo nowych możliwości i ma kilka pomysłów na rowerową trasę”.
Dziwne, ja wczoraj zgubiłem mapę a on jej nie miał. Pożegnaliśmy się. My udaliśmy się w stronę Stacji Orle a Igor pojechał do Świeradowa po jakieś zakupy i już nigdy go nie widziałem.
Praktycznie cały dzień spędziliśmy nad Izerą. Dwukrotnie na szlaku spotkaliśmy zakłopotaną bohaterkę ubiegłej nocy. Idąc po pustej asfaltowej ścieżce do Korenowa pod wiaduktem kolejowym na trasie Jakuszyce - Korenow siedziała starsza kobieta o ciemnych krzaczastych brwiach. Była bardzo zdziwiona widokiem naszej trójki.
Gdy podeszliśmy zapaliła papierosa i powiedziała:
- Oj dzieci. Dziś nie ma już pustych schronisk...