poniedziałek, 13 maja 2024

Ochroniarz z Biedronki 

 - Imię, nazwisko, wiek, ile lat ma pan? – zapytała mnie zobojętniała pielęgniarka medycyny pracy w lokalnym centrum diagnostycznym. Siedzieliśmy w jej biurze, do pokoju wpadało światło dzienne zza blisko trzydziestoletnich żaluzji. 

- Ryszard, lat 65 nazwisko Kostecki. Tylko proszę ostrożnie, nie lubię igieł.  

- Już bez przesady – powiedziała młoda pielęgniarka i wbiła igłę w niebieską żyłę na ramieniu – zrobimy badania i dopuścimy do pracy. Gdzie Pan idzie do roboty?  

- Na ochronę, chcę dorobić.  

- Pali Pan?  

- Tak.  

- Pije?  

- Tak, ale tylko piwo raz w tygodniu.  

- Czyli pije…  

- Okularów Pan nie nosi. Szczęściarz. – Powiedziała poprawiając brązowe powyginane okulary, chyba jej nie płacą najlepiej, pomyślałem patrząc na zniszczone okulary. 

- Kiedy mogę się spodziewać wyników? 

- Będą za godzinę. Proszę poczekać.  

- Dobrze. Wyszedłem z jej małego gabinetu i udałem się do poczekalni. A w niej cały przekrój naszego społeczeństwa. Kilku niepełnosprawnych, dziesięciu korposzczurków i korposzczurzyc wpatrzonych w ekrany telefonów co najlepsze najczęściej w dwa. Jeden pewnie prywatny a drugi służbowy, zmęczonych migrantów zarobkowych trudzących się pracą fizyczną i zaspani urzędnicy na okresowych badaniach. Nikt z tej zgrai nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę więc zająłem się sobą. Na szklanym blacie leżała prasa kolorowa sprzed roku. Pooglądałem młode dupy w prasie dla emerytek i doczekałem się wyników. Jak się okazało wszystko ze mną w porządku. Pielęgniarka nawet zażartowała, że większość trzydziestolatków obecnie ma gorsze wyniki. Z kartą medycyny pracy wróciłem do domu a następnego dnia miałem się stawić w moim nowym zakładzie – Biedronce na Benedyktyńskiej. 

O poranku wcisnąłem się w swój nieco za mały uniform i udałem się do roboty. Moim stanowiskiem pracy okazało się krzesełko w przejściu między kasami a wyjściem obudowane pomalowaną na biało sklejką. W środku swojego bunkra miałem trzy monitory z podglądem na kamery rozmieszczone w całym sklepie. Kierowniczka zmiany powiedziała mi, bym się za bardzo nie przejmował, bo skala kradzieży jest w sklepie na tyle duża, że załoga jeszcze nigdy nie dostała premii za zakończony miesiąc. Poza tym w sklepie panował taki młyn, że właściciel musiał machnąć ręką na drobne straty.  

- Także, to jest twoje miejsce pracy Rozsiądź się, nie musisz cały czas siedzieć w bunkrze, reszta zasad jest taka sama jak wszędzie na ochronie. Powiedziała kierowniczka zmiany wskazując na mój sklejkowy bunkier. 

- A dlaczego poprzedni ochroniarz zrezygnował?  

- No wiesz, podchodził za poważnie do swojej pracy. Kiedyś Ci opowiem…  

Chyba rozumiem o co jej chodzi. Powinienem po prostu udawać, że pracuję i nikomu nie przeszkadzać. Szybko jednak mi się to znudziło. Ile można udawać, że patrzy się ze skupieniem na monitory? Wstałem zza bunkra i wyszedłem na papierosa. Z charakteru ze mnie gaduła więc zacząłem wszystkich zagadywać. No może prócz gromadki niestrudzonych „Pan-da”. Tych meneli i świrów nauczony latami życia we Wrocławiu po prostu ignorowałem. No chyba, że któryś zamiast pieniędzy chciał ognia lub papierosa. Tyle mogę dać każdemu, bezinteresownie.  

Dni i wieczory w biedrze mijały mi coraz szybciej. Nawet polubiłem swoją pracę. Po tygodniu jeden z pracowników biedry chwycił mnie za ramię i powiedział:  

- Dziadek, podpadłeś. Szef chce z tobą się widzieć na zapleczu za dwadzieścia minut.  

- Będę.  

No i poszedłem. Zaplecze… Wyjątkowo paskudne, ciemne i pełne kurzu miejsce. Sanepid nigdy tam nie dociera, bo skupiają się na latających po sklepie w sezonie letnim molach spożywczych.  

 Szefem okazał się młodszy o dwadzieścia pięć lat mężczyzna w garniturze i dopasowanym do niebieskiego krawatu drogim zegarkiem.  

- Fajny sikor. Zażartowałem.  

- Ty myślisz, że my będziemy gadać po koleżeńsku robaku?  

- Nie.  

- Wzrosła liczba kradzieży w waszym sklepie o jedną trzecią w ciągu kilku dni. Myślę, że się nie przykładasz do swojej pracy.  

- Szefie, przepraszam. Poprawię się. – po latach roboty mam to przećwiczone. Skrucha, zero buty, przydały się czytana w dzieciństwie literatura obozowa. Pięć lat w kacetu powinien stać się podręcznikiem wszystkich tłamszonych roboli i młodych prekariuszy pracujących na kredyt mieszkaniowy. 

- No, żebym ja tylko widział jakąś poprawę. Masz! - Przedsiębiorca rzucił we mnie sprejem z gazem pieprzowym. – Przyda Ci się! Muszę lecieć, mam spotkanie w sprawie budowy osiedla mieszkaniowego. Trzeba być zaradnym.  

Mężczyzna popatrzył się na moje brudne buty, uśmiechnął się i mijając mnie wyszedł pewnym krokiem z kanciapy.  

Wyszedłem chwilę po nim myśląc co mógłbym poprawić. Została mi jedynie godzina pracy. Wróciłem do domu, wziąłem kąpiel. Obejrzałem z żoną archiwalne odcinki jej ulubionego teleturnieju Moment Prawdy. Przez szefa nie mogłem zasnąć. Jebać go. No ale w końcu zasnąłem. Poszedłem do pracy. Skoro mam się przykładać to będę się przykładał. Z krótkimi przerwami gapiłem się w monitor szukając złodziei. Co godzinę robiłem sobie 10 minutową przerwę na pogawędkę z klientami i innymi pracownikami by nie oszaleć do końca.  

Dopiero pod koniec mojej zmiany pod wieczór wyłapałem jednego złodziejaszka. Jakiś gruby wniarz wpakował pod bluzę flaszkę szkockiej whisky. Zerwałem się zza bunkra i podbiegłem do niego. Skubany wiedział, że biegnę po niego. Udało mi się go złapać za kaptur, gdy ten zaczął uciekać, przewrócił się i o mały włos nie rozbił sobie głupiego ryja.  

- Skurwielu, oddawaj alkohol. Krzyknąłem do leżącego przyklejonego ryjem do posadzki sebixa. 

- Pierdol się. Grubas zaparł się i wstał. Znów go złapałem, a gdy ten chciał mi przypierdolić z liścia przypomniałem sobie o gazie pieprzowym od szefa. Cały czas miałem go w spodniach. Wyciągnąłem gaz i psiknąłem mu w mordę.  

- Masz skurwielu.  

Chłopak zaczął wić się na posadzce i krzyczeć. Jakiś klient widząc zamieszanie wezwał policję i pogotowie. Szybko przyjechali. Komisariat jest 500 metrów od sklepu… Postawiono mi zarzut napaści i do czasu wyjaśnienia jestem zawieszony w pracy. Nie warto podchodzić do swojej pracy zbyt poważnie, bo miewa to duże konsekwencje.